Dziennik apokalipsy: dzień 4.

Coraz ciężej jest żyć w zamknięciu, zwłaszcza, że kończą nam się i tak już nie duże zapasy makaronu.

Wczoraj w końcu wyszłam na zewnatrz, żeby zobaczyć na czym stoimy. Suche krzaki I bezlistne drzewa nie pozwalają zapomnieć o tym, co się stało. Odeszłam daleko od domów- do lasu. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Jeśli w tej sytuacji w ogóle można mówić o bezpieczeństwie.

W drużynie pełnię rolę zwiadowcy- stąd ta wycieczka do lasu. Jest nas niewielu, jeszcze mniej zdolnych do pracy, a wszystkich trzeba nakarmić. Właściwie to nie wiem czego miałam szukać. Nie znajdę konserw w środku lasu, nie potrafię polować, za broń służy mi plastikowa proca ładowana rodzynkami (rodzynki to nie jedzenie, nie marnowałabym tak cennych zasobów). Myślę, że szukam ludzi, których nie pochłonęło jeszcze całe to szalenstwo. Wydawało mi się nawet wczoraj, że słyszałam głosy ludzi, ale uznałam to za paranoiczne wyobrażenie umysłu postawionego w kryzysowej sytuacji. W końcu nawet jeśli bym ich spotkała skąd mam wiedzieć, że nie są wrogami, albo, co gorsza, zarażonymi.

Ilość leków natomiast napawa mnie nadzieją. Przeterminowane syropki i odpakowane dawno temu tabletki wystarczą nam na długo, może nawet aż nadejdzie pomoc. Nie mamy niestety masek. Wszyscy ryzykujemy zarażeniem. Możemy polegać tylko na naszej odporności. Na szczęście jeszcze zanim TO się zaczęło udało nam się przechwycić sporą ilość tabletek z witaminą C. Jeśli więc uznamy, że dalszy żywot w tym świecie nie ma dla nas sensu spokojnie starczy na przedawkowanie dla wszystkich.

Niestety drużynowe morale nie są w najlepszym stanie. Brak żywności i ciągły strach wszystkim nam się udziela. Ostatnie co nam zostaje to nadzieja. Może i jest matką głupich, ale to wszystko co mamy.

Już mi się nie podoba ta cała systematyczność. Nawet nie wiem co mam w tej chwili powiedzieć. Męczą mnie już te egzystencjalne bzdury, chociaż kiedyś nawet w to wierzyłam (oczywiście nie wiedząc, że nazywa się to ładnie egzystencjalizmem- prawie sympatycznie), ale z perspektywy czasu doszłam do wniosku, że to dążenie do ideału w strachu, że wszyscy umrzemy nie ma sensu. Bo wszyscy umrzemy. Myślę więc, że nie ma sensu w zamartwianiu się czymkolwiek (łatwo powiedzieć, ale staram się do tego doprowadzić). Bo wszyscy umrzemy. Po co odbierać sobie radość z beztroski? Nie mówię tutaj, że wszyscy powinni przestać przejmować się czymkolwiek. To byłoby glupie. Mówię tylko, że ja mogę, kiedy inni dbają o cieplutki ekosystem, który sobie utworzyliśmy. To skrajnie egoistyczne, mam szczęście, że wcale nie zamierzam głosić tego światu. Bo kiedy wszyscy są egoistami nikt nie jest egoistą, a to byłoby dla mnie skrajnie niewygodne.

Napiłabym się kakałka.

47 minut, ale wciąż w terminie

Postanowiłam jako pierwszy, rozpoczynający ten spis niesamowicie potrzebnych, poruszających i z pewnością bardzo ważnych dla przyszłych pokoleń wpis zrobić wstępem. Więc tytułem wstępu myślałam trochę nad formą- niewiele wymyśliłam, ale teoretycznie mam czas do przyszłego tygodnia. Nie wierzę, że się wyrobię. Nawet teraz zaczynam pisanie godzinę i siedem minut przed ostatecznym terminem, będzie więc ciężko. Wracając do formy- pewnie będzie chaotycznie (zresztą już jest), na szczęście nie ja będę to musiała potem czytać i doszukiwać się sensu, w tym przypadku bezsensownie. Nie chcę jednak żeby to była kolejna rzecz, której szczerze nienawidzę robić, ale jak nie zrobię to… właściwie nic się nie stanie. Oprócz przygnębiającego uczucia zaniedbania, które właściwie towarzyszy mi od początku edukacji.

Odnośnie treści- o tym nawet nie próbowałam myśleć. I nie będę, bo ostatnimi czasy odnoszę wrażenie, że nadmierna ilość myśli tylko mnie przytłacza i nie prowadzi do żadnych nowych wniosków, a jedynie do permanentnego zmęczenia, którego szczerze mówiąc mam już dość. Ten wywód prawdopodobnie nie jest na temat i nie liczyłabym, że reszta będzie. Może kilka z nich, ale nie będę się męczyć, nie będę się zbytnio wysilać i nie będę starać się zrobić tego poprawnie, bo jeśli tak zrobię nie będę z tego dumna. Będę czuć nieprzyjemne ciarki na plecach myśląc o tym tworze.

Możliwe, że jest trochę przydługo (radzę się przyzwyczajać), nigdy nie miałam problemów z objętością. Możliwe, że czuć zapach zrezygnowania bijący z ekranu i możliwe, że ten strumyczek myśli jest skrajnie nudny, ale nie zamierzam to czytać i poprawiać, bo jeśli to zrobię, to nie mam szans na kliknięcie przerażającego przycisku „opublikuj” i oddanie pracy w terminie. Chociaż pewnie nie byłabym jedyna.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij